Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2012

Totally Enormous Extinct Dinosaurs? YES!


Każdego roku na wakacje dostajemy muzykę idealnie skrojoną na tę porę roku. W 2012 nie mogło być inaczej. Różnica jest jedna: do tej pory były to przeważnie indie popowe produkty pokroju FosterThePeople, MGMT czy Empire Of The Sun. Tym razem jest inaczej. Po pierwsze, zgodnie z tym, co obecnie najmodniejsze, dostajemy popową interpretację muzyki styku UK Funky i UK House, zaś po drugie jest szansa na to, że krążek ‘Trouble’ ma dłuższą datę przydatności, sięgającą daleko ponad 31 sierpnia.

Mowa o młodym producencie Orlando Higginbottomie, który, co tu dużo mówić, jest dość specyficzną postacią. Jako pseudonim artystyczny wybrał sobie chyba najdłuższą z możliwych nazw opisujących jednoosobowy projekt. W klipach podtrzymuje wizerunek lekko ekscentrycznego nerda z twarzą, która nie zdradza żadnych emocji, a na scenie, gdzie towarzyszą mu urocze tancerki przebiera się w strój dinozaura. Przede wszystkim jednak tworzy bardzo ciekawy muzyczny zlepek i co ciekawe, wcale nie potrzebował ogromnej promocji żeby przebić się do świadomości szerszego grona odbiorców. Chociaż z pewnością udział numeru ‘Garden’ w reklamie jednego z telefonów komórkowych mu nie zaszkodził.

Nie zaszkodziło mu również to, że na długo przed wydaniem longplaya można było posłuchać wielu utworów, które weszły na ostateczną tracklistę. ‘Household Goods’ czy ‘Tapes & Money’ znał każdy, natomiast ogrywane na koncertach ‘Stronger’, choćby nie wiem jak bardzo się chciało, trudno jest wyrzucić z pamięci. W rezultacie otrzymujemy zestaw przebojów które znamy, lubimy, do których tańczyliśmy, albo słyszeliśmy przypadkiem, nawet nie wiedząc że to robota T.E.E.Da. Przyznaję, że pierwsze wyobrażenie o płycie pojawiło się w mojej głowie po przedpremierowym koncercie na krakowskim Selectorze. Już wtedy ogłosiłem, że być może będziemy mieć do czynienia z jednym z albumów roku.




TOTALLY ENORMOUS EXTINCT DINOSAURS - TAPES & MONEY

Na całe szczęście okazało się, że nie musze niczego odszczekiwać. To nieważne, że spomiędzy niektórych kawałków wylewają się tony słodkości, że Orlando śpiewa na granicy fałszu, słabym, obojętnym wokalem o nieudanej miłości i tęsknocie za uczuciem. Wiadomo – to już kiedyś było. Ale forma, jaką temu wszystkiemu nadaje, począwszy od wspomnianego wyżej wizerunku do brzmień, które towarzyszą tekstom, mocno urzeka. T.E.E.D. wyselekcjonował z modnych brzmień to, co w nich najciekawsze, nadał temu popowy sznyt i zręcznie wyważył wszystko w taki sposób, by całość nie trąciła tanim towarem z bazaru, a była świeża, pomysłowa i co najważniejsze – jednoczyła rzesze fanów we wspólnym tańcu podczas występów. Poza tym wymyśla ładne, łatwo zapadające w pamięć melodie. Czego chcieć więcej? Mogę tego słuchać na festiwalu, mogę potańczyć do tego klubie, ponucić sobie w domu, na wyjeździe i gdziekolwiek tylko chcę. I szybko mi się to nie znudzi.



TOTALLY ENORMOUS EXTINCT DINOSAURS - PANPIPES

8 grudnia 2009

Pierwszy...

Jak widać ostro wziąłem się do roboty, poniżej są efekty weekendowego pisania, niedługo pojawi się także recenzja płyty Mayera Hawthorne'a oraz kolejne teksty.
Ważniejszą informacją dla mnie samego jest jednak fakt przeprowadzenia pierwszego wywiadu i to w dodatku z duetem Permanent Vacation, czyli producencko-djskim duetem z Niemiec. Panowie Tom Bioly oraz Benjamin Froehlich są także właścicielami labelu noszącego nazwę... Permanent Vacation. Jak sami mówią inspirowali się filmem Jima Jarmuscha.
W kwietniu tego roku ukazała się kompilacja podsumowująca krótką, ale intensywną działalność wytwórni (tutaj recenzja).
Zapraszam do poczytania wywiadu, a przede wszystkim ściągania podcastu, który nagrali dla serwisu muzikanova.pl!! Wszystko jest TUTAJ.

5 grudnia 2009

Mayer Hawthorne

W ramach nadrabiania zaniedbań postanowiłem się nieco przyjrzeć tajemniczej postaci, jaką niewątpliwie jest Mayer Hawthorne.

Tak naprawdę Hawthorne to ksywa wymyślona na potrzeby wydawnictwa ‘A Strange Arrangement’. Facet naprawdę nazywa się Andrew Mayer Cohen (nie mylić z odtwórcą ról Bruna czy Ali G) i pochodzi z okolic Detroit. Jego pseudonim to zbitka powstała z prawdziwego imienia i ulicy, na której się wychował. Ma trzydzieści lat, a już zdążył dorobić się w swojej biografii sformułowania multiinstrumentalista. Jak sam opowiada, kiedy jeździł z ojcem samochodem, z radia często leciały jazz i soul powstałe właśnie w Detroit. „Większość najlepszej muzyki wywodzi się właśnie stamtąd” – chwali się Andrew, ale trudno się z nim nie zgodzić. To tamto miejsce jest kolebką wielu gatunków muzyki. Z pewnością to nie pozostało bez wpływu na gust i zamiłowanie małego Cohena – postanowił parać się trudnym zawodem muzyka. Twierdzi, że największą inspirację czerpie z utworów Smokeya Robinsona czy Curtisa Mayfielda – nie kłamie, a dowód na to zawarł na swoim albumie, który wywołał ostatnimi czasy spore zamieszanie. Sam szef Stones Throw opowiada, że kiedy pierwszy raz zaprezentowano mu dwa numery wykonane przez Mayera, pomyślał, że ktoś robi sobie z niego jaja puszczając jakieś stare, zapomniane szlagiery. Nie mógł uwierzyć, kiedy wyjaśniono mu, że to zupełnie nowe nagrania, a do tego koleś, który w nich śpiewa sam dograł wszystkie chórki, instrumenty oraz napisał muzykę i teksty. Drugi szok przeżył, kiedy poznał osobiście wykonawcę. Przecież tego nie mógł śpiewać biały młodzieniaszek wyglądający jakby dopiero co wrócił ze spotkania studenckiego bractwa! A jednak, ten nerd to właśnie Mayer Hawthorne. Ten, który może nie ma wokalu jak Jamie Lidell i najlepszych produkcji na świecie, a jednak plasuje się w czołówce najfajniejszych soulowych wokalistów. Ten sam, który przynależy do hip hopowego składu Athletic Mic League. Niezłe zaskoczenie, a jeszcze większe, że tą jedną płytą potrafił podbić serca i porwać za sobą tłumy fanów (a przede wszystkim fanek!). To tylko dowód na to, że w cenie wcale nie są elektroniczne rzężenia, trzaski, szumy i cyzelowane brzmienie tylko zwyczajne, lekkie i urokliwe piosenki z chwytliwym refrenem. W roku 2009 to z pewnością najlepszy i najbardziej intrygujący debiut.

19 lutego 2009

Komentarz rzeczywistości polskiej distro ;)

Bardzo przyjemnym momentem jest zdobycie płyty, za która trzeba się było troszkę pouganiać wcześniej. Tym bardziej, jeśli płyta jest rzadka i/lub trudna do zdobycia w Polsce (to akurat kryterium spełnione jest najczęściej). W tym jednak przypadku, dzięki któremu powstaje ten tekst, chodziło o krążek teoretycznie prosty do zdobycia. Album miał się pojawić w polskiej distro już od 26 stycznia – i tak późno zważając na to, że światowa premiera odbyła się w 2008 roku. Potem polska premiera została przesunięta na początek lutego. Mimo tego nigdzie nie można było znaleźć krążka ‘Where You Go I Go Too’ autorstwa Lindstroma. Biegałem po sklepach internetowych, po empikach, saturnach i zero płyt. Wreszcie pojawiła się wzmianka na stereo.pl, który to obiecywał wysłać płytę w 24 godziny. Tak się jednak nie stało, musiałem więc odwołać zamówienia (razem z nim anulować wysyłkę płyty Flying Lotusa, którą to również miano wysłać w 24 godziny…). Wreszcie dopadłem ją w silesianskim empiku. Cała partia ma spękane pudełka, ale oto jest! Po wielu tygodniach oczekiwań mam. I przez to naszło mnie żeby napisać o tym wszystkim, co się w Polsce z płytami wyprawia.
Jakiś czas temu do wiadomości publicznej podana została informacja, że płyty wydane w labelu Tru Thoughts mają trafić na polskie rynek (znowu rok opóźnienia). Dystrybucją miał zająć się Eblok. I tak się zajął, że tych płyt też jakoś nigdzie nie widać. Na merlinie – wysyłka w siedem dni, zaś cena astronomiczna – 92,5 zł. Przesada to mało powiedziane. Nieco taniej można dostać ją poprzez empik.com – ale tylko nieco. Natomiast, jeśli mowa o salonach „fizycznych” ta pozycja widnieje może w kilku punktach sprzedaży ze statusem „na wyczerpaniu”. Jaki z tego wniosek? Że do sprzedaży trafiło pewnie 50 płyt na cały kraj: „i tak się cieszcie, że macie chociaż tyle”. Z jednej strony nie dziwię się dystrybutorowi, gdyż Kylie Auldist, Lizzy Parks czy Hint, to nie są wykonawcy, których zna choćby 25% Polaków. Z drugiej jednak strony czy nie lepiej byłoby ułatwić kupno tych płyt chociażby otwierając sklep internetowy działający przy wytwórni? Tak zrobili SonicRecords czy iSound i chwała im za to, gdyż wszystkie pozycje nie dość, że są dostępne, to są o wiele tańsze niż w takim empiku na przykład. Trochę gorzej kształtuje się sytuacja kontaktu z klientem, gdyż wysyłając pytanie o dostępność danej płyty raz otrzymałem odpowiedź, innym razem nie (i Flying Lotusa w rezultacie nie posiadam dalej).
W kwestii wyboru spośród różnych krążków, jeśli mowa o sieciówkach, przoduje zdecydowanie empik. To w zasadzie zależy od salonu, ale w wielu spotkałem naprawdę bogato zaopatrzoną półkę „Nowe Brzmienia”, na której to stały płyty takich wykonawców jak np. Pendulum, Dave Aju, Luomo czy polskie Catz’n Dogz. Sporo można też znaleźć mixów dla Fabric czy różnych kompilacji (chociaż najczęściej są to słodkie sexy house składaki…). Jedyna przeszkoda bywa cena. Za krążki z tejże półki często trzeba wyłożyć nie mniej niż 60 PLN. Mniej płacimy w Saturnie, ale tamtejsza oferta krążków jest bardzo rzadko aktualizowana i mniejsza niż w empikach. Coraz rzadziej mnie zadowalają Saturny i sieć MediaMarkt (ta ostatnia to już praktycznie w ogóle).
Najbardziej odpowiada mi oferta sklepów warszawskich (niestety…dobrze, że prowadzą sprzedaż wysyłkową) SideOne i WaxBox. Te dwa miejsca oferują naprawdę spory katalog płyt, których w typowej polskiej distro nie uraczysz. Ceny są, jakie są – to pewnie wynika z kosztów sprowadzania tych albumów, ale często trafiają się wyprzedaże i można trafić na bardzo ciekawą płytkę po cenie niejednokrotnie niższej niż 40 złotych. Do podobnego poziomu pretenduje krakowski Rezerwat Winyli, ale dotychczas nie robiłem tam zakupów. Mogłem za to „obejrzeć go na własne oczy” i znajduje się tam sporo winyli. Jak jest z płytami CD nie wiem, ale wydaje mi się, że również można je zamawiać.
Muzyka jest, tylko trzeba poszukać. Czasem troche podenerwowac, że się czeka, a przede wszystkim opróżnia portfel, ale dla tego błysku w oku, dla zapachu farby drukarskiej, dla cudownego brzmienia wypływającego z głośników. I tych paru chwil szczęścia nie zaburzy utrudniony dostęp do muzyki!

10 grudnia 2008

Kwestia nielegalnych mp3.

Jak podaje serwis nowamuzyka.pl, wkrótce ma zostać przetestowany nowy sposób walki z piractwem muzycznym. „Niezależna instytucja Choruss ma zbierać niewielką comiesięczną opłatę za pełną swobodę w ładowaniu muzyki”. Pomysł za zostać przetestowany na amerykańskich uniwersytetach, a wpływy mają być odprowadzane do właścicieli praw muzyki.
Jak to się sprawdzi? Moim zdaniem słabo. Spójrzmy na przykład Radiohead. Ich ostatni krążek ‘In Rainbows’ został udostępniony w Internecie i można było kupić go za dowolną zadeklarowaną przez siebie sumę. Ogromna część ściągających skorzystała z opcji praktycznie darmowej, wpisując minimalną kwotę. Wiele plików mp3 udostępnia się po niskich cenach w serwisach downloadowych, a mimo to furorę robią takie strony jak megaupload czy rapidshare. Pojawiły się nawet specjalne wyszukiwarki plików, które wystawione są na tychże witrynach.
Do czego zmierzam? Do tej pory nie udało się wymyśleć skutecznego sposobu walki z piractwem. W Polsce próbuje się nowe tytuły sprzedawać po „polskiej cenie”, czyli wynoszącej do 30złotych. Kosztem tego tracimy pełny booklet i zyskujemy ohydny napis ‘POLSKA WERSJA’ na okładce albumu. Mimo to statystyki nie kłamią – ludzie wolą ściągać muzykę nielegalnie niż za nią płacić. Dlaczego wie chyba każdy. Nie jest to towar pierwszej potrzeby, dla wielu stanowi jedynie tło, a nie główną część życia – tacy ludzie zawsze będą woleli przeznaczyć kasę na coś bardziej potrzebnego. Zresztą trudno im się dziwić. Ceny, jakie osiągają płyty w Polsce są wręcz astronomiczne. Spójrzmy na przykład znanej sieci empik. Krążki z tzw. „nowych brzmień” niejednokrotnie opatrzone są metką 69,99zł. Dodatkowo często trudno dostać niektóre tytuły w naszym kraju, gdyż nie są po prostu dystrybuowane (najświeższe przykłady to ‘Live Lounge 3’ czy kompilacja ‘Prime Numbers’) – te trzeba sprowadzać na specjalne zamówienie, a z tym wiążą się koszty. Poza tym wyszukiwanie trudno dostępnego krążka dla niektórych może być nużące i o wiele łatwiej po prostu go ściągnąć.
Z drugiej jednak strony coraz więcej w Polsce działań, które pozwalają zdobywać wszystkie płyty po dość niskiej cenie. Wystarczy się rozejrzeć po stronach niezależnych firm dystrybucyjnych, takich jak iSound czy Sonic Records. Te prowadzą swoje własne sklepy, gdzie ceny poszczególnych tytułów rzadko kiedy przekraczają kwotę 49 złotych.
Co by nie robić, piractwa całkowicie się nie zlikwiduje. Można wiele gadać o poszanowaniu artysty, ale i tak powszechnie wiadomo, że duża część płaconych przez nas pieniędzy to marża sklepu, dystrybutora i działka wytwórni. Osobiście mam jedynie nadzieje, że płyty CD nie zginą i nie zostaną zastąpione bezdusznymi plikami, które nawet nie śmierdzą farbą drukarską. Poza tym dla kolekcjonerów krążków (których mimo wszystko i tak pozostaje wiele) to byłaby wielka strata. A ściągających muzykę nielegalnie i tak nie można krytykować w 100%, wielu z nich to też prawdziwi miłośnicy muzyki, których przed kupnem powstrzymują jedynie ceny. Może przyjdą takie czasy, że i te spadną?
Co do mnie, może i naiwnie, ale nadal pozostaje wierny płytkom. Szczerze powiedziawszy na punkcie kupowania nowych albumów mam obsesję. Dzięki temu bardziej szanuję muzykę, staram się dokładnie wysłuchać każdej płyty. Może i tracę przez to szansę na poznanie sporej części nowości, ale wszystko ma swoją cenę, a zapełnianie stojaków jest naprawdę piekielną przyjemnością. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiał w przyszłości z niej rezygnować…

14 listopada 2008

Wstęp do podsumowania roku 2008 w muzyce.

Jak zależy na płytach, to zawsze się robi taką listę - obowiązkowe w tym roku. U mnie taka lista wisi przypięta do korkowej tablicy i... wisi. I nic się na niej nie dzieje. Skreśliłem tylko dwie płytki: Miss Kittin i Rolanda Appela, bo te kupiłem. Inne albo wymagają dużego wysiłku i nakładów finansowych, albo są mniej ważne od bieżących zakupów. Ale przyznaje, że nie jest tak z każdą pozycje na liście. Flying Lotus i jego 'Los Angeles' to album, którego kupno od dawna chodzi mi głowie. Tak samo Loco Dice i jego '7th Dunham Places', który to krążek postanowiłem zdobyć po naprawdę świetnym występie kolesia na Audioriver.
Porównajmy rok ubiegły z właśnie mijającym. 2007 to może i nie była totalna posucha, ale mimo wszystko był o wiele uboższy od 2008. Nawet jeśli płyty wydały takie tuzy jak Bjork czy Roisin Murphy i nawet jeśli te płyty były dość ciekawe, to jednak ustępują tym mniej znanym projektom. Popatrzmy najpierw na poprzedni rok. Trus'me i jego wspaniała próba połączenia disco z deepowym brzmieniem house’owym zaskarbiła sobie rzesze nie tylko fanów, ale i krytyków. Dla mnie krążek 'Working Night$' to płyta AD 2007 i co z tego, że to już było u Moodymanna. Podobne wrażenie wywołała na mnie EPka holenderskiego beatmakera Sotu The Travellera, który wyprodukował oszczędne hip hopowe kawałki, zaprosił świetnych wokalistów i raperów i pchnął to w obieg wśród zainteresowanych. Póki co milczy cały czas zapewniając, że tworzy i przyznaję - z niecierpliwością czekam na jego kolejny krok. Może tym razem pełnowymiarowy album. Sceną nieco bardzo mainstreamową zawładnęła M.I.A - przez jednych wychwalana, przez drugich krytykowana. Nie tylko za związki z pewnymi dość podejrzanymi organizacjami, ale także za szybko przemijające brzmienie. Dziewczyna wrzuciła wraz z producentami jej albumu 'kala' na krążek wszystko, co było pod ręką i wykonała kawał dobrej roboty. Czego się tu czepiać? Mnie ta płytka rusza nadal tak samo, jak tuż po premierze. Zupełnie nie zgadzam się ze zdaniem, że z podium zrzuciła Mayę, Santogold. Jej płytka jest o wiele mniej barwna i obfitująca w więcej odwołań do rocka. To raczej nie dla mnie, chociaż przyznaje - singiel 'L.E.S. Artistes' powala. Tym oto sposobem przeszliśmy do roku 2008. To tak naprawdę rok powrotów. Swoje albumy wydali Tricky i Portishead. Pierwszy niekoniecznie powrócił w pełni glorii i chwały, bo mimo, że przez wielu wynoszony pod niebiosa, przez drugich krytykowany za porzucenie klimatycznych trip-hopowych konstrukcji na rzecz rocka i punka. Przeze mnie też krytykowany. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w przypadku Portishead. Ci z kolei, wydali album pełen przygniatających i surowych aranżacji. Pełen duchoty i nostalgii. Gorzkich zaśpiewów, przeszywających uszy przeszkadzajek i rytmów wybijanych natarczywą wręcz perkusją. Pozycja idealna na jesień. Idealna również do rankingu 2008, który nadchodzi wielkimi krokami. Swoje trzy grosze w aktualnym roku dorzucili również Milosh i Thievery Corporation. Oba projekty znane ze swojego loungowo- downtempowego zacięcia, w tym roku uraczyły nas nowymi albumami. I chociaż nie są to krążki, które można nieskończenie długo zachwalać, obfitują w przyjemne uchu brzmienia. TCorp, pomimo iż krytykowane, moim zdaniem nagrali świetny album, pełen dobrych, ciepłych i przyjaznych kawałków, choć podbitych nieco poważniejszym przekazem. Co do Milosha - wszystko przed nim. Jego największy atut to klikające produkcje połączone z ciepłym wokalem. Skoro mówimy do downtempo, warto też wspomnieć o tym, że i mr.scruff wreszcie, po 6 latach milczenia, postanowił się odezwać i wydał krążek. Poprzedzony trzema singlami album 'Ninja Tuna' nie został przyjęty zbyt ciepło. A ja - wprost przeciwnie - uwielbiam go coraz bardziej z każdym odsłuchem. A szerszej recenzji spodziewajcie się niedługo.
Warto też powiedzieć kilka słów o rejwowcach. Dla mnie w tym roku wśród nich błyszczą Hot Chip i Crystal Castles. Obie formacje wydały niesamowicie taneczne i nawołujące do hedonistycznej zabawy krążki. Zwłaszcza ci drudzy zaskoczyli opartymi na 8-bitach numerami stanowiącymi mieszankę electro, house'u i punka. A Hot Chip - cóż... Zachwalani nie tylko przez 'mainstreamowców';)
Rok 2008 to dla mnie osobiście wreszcie spełnienie jednej z danych sobie obietnic - zakupu mixu Fabric. Wybrałem Ame i Roberta Hooda. Moją opinię już znacie. Podejrzewam, że na tych dwóch krążkach przygoda z fabryką się nie skończy. Już teraz mam wybrane kolejne dwa sety i mam nadzieje, że uda mi się je zdobyć. Podobnie jak album Luomo.
Nie można pominąć faktu, że obecnie mijające 365 dni obfitowały w sporą liczbę polskich premier. I to chyba główna różnica pomiędzy 2007 a 2008, bo w zeszłym roku panowała totalna susza. Teraz mamy wręcz zasyp muzyki z Polski i dobrze - będzie o czym dyskutować pod koniec grudnia. Cieszy fakt, że w naszym kraju ukaże się sporo ambitnych dźwięków. Nowe płyty wydali Oszibarack i Loco Star (świetna płyta - musze się przyznać, że za każdym razem, kiedy jej słucham mam ciarki). Ze stanu milczenia wyrwał się również Silver Rocket, który zafascynowany postacią Tesli, poszerzył skład zespołu i pchnął na rynek ciekawą pozycję. Ze swoim albumem 'Many Things' debiutowała formacja Letko, a siostry z Sistars pokazały, że solowo potrafią dużo więcej i ciekawiej niż w zespole. Wciąż czekam na nową płytą duetu Fisz Emade ('Heavi Metal' 21 listopada. Wśród gości m.in. Sqbass i Wojtek Traczyk z Muzykoterapii) - po singlowym 'Wiosna 86' spodziewam się bardzo intrygującej płyty.
Kończąc tą krótką zapowiedź do podsumowania rocznego napisze jeszcze, że fajnie byłoby, gdyby kolejne lata były równie, a nawet i bardziej ciekawe pod względem muzyki. Chciałbym jeszcze żeby świata nie ogarnęła mania mp3 i płyty nadal były wydawane na starych, dobrych, plastikowych, srebrnych kółeczkach, z książeczkami pachnącymi farbą drukarską. Oby artystom nie zabrakło inwencji twórczej. Na 2009 też szykuje się parę wielkich powrotów. Chociaż póki co sza - do tego czasu jeszcze 1,5 miesiąca.

28 sierpnia 2008

Sissy Records.

Z zamiarem napisania tego artykułu nosiłem się długo. Nie wiedziałem tylko, jak do tego podejść. W końcu uznałem, że to napiszę - wszak Sissy Records to dla mnie bardzo ważna wytwórnia. Równocześnie kazdego z czytelników proszę o komentarz na temat artykułu, to dla mnie ważna rzecz - chciałbym wiedzieć czy dobrze to zrobiłem:)


SISSY RECORDS

Przez wiele recenzentów i osób z branży muzycznej nazywana wytwórnią dla tańczących inaczej. To chyba jedno z lepszych określeń charakteryzujących muzykę wydawaną w Sissy Records. Dla sporego grona muzycznych pasjonatów to wytwórnia legenda, o której może już teraz się nie mówi tyle, co dawniej, ale zawsze będzie się o niej pamiętać. Płyty pochodzące z tego labelu będą zajmowały szczególne miejsca na półkach wielu fanów i słuchaczy. W jaki sposób tworzy się taką markę?

Wszystko zaczęło się w styczniu 2001 roku. A w zasadzie zaczęło się oficjalnie, gdyż pomysł i marzenie o takiej wytwórni w głowie Pawła Józwickiego pojawiło się już wcześniej. Momentem przełomowym, który nadał sprawie tempo, był koncert Ścianki, który odbył się w październiku 2000r. w Łodzi. Zachwycony ściankowym brzmieniem U-zek przeprowadził rozmowę z Biljaną Bakić (kierownictwo BMG), której rezultatem było zielone światło dla Sissy. Zresztą BMG już wcześniej nosiło się z zamiarem założenia labelu, który mógłby wydawać płyty o bardziej niszowym profilu niż te wydawane przez firmę-matkę.

Pierwszy krążek wydany przez Sissy Records to EPka Ścianki zatytułowana ‘…Only Your Bus Doesn’t Stop Here’, która pojawiła się na rynku 25 stycznia 2001 roku. Pierwszą pełną płytą, która ukazała się pod sissy-barwami było również dzieło Ścianki zatytułowane ‘Dni wiatru’ (22 luty). Ale dopiero kolejne wydawnictwa przyniosły wytwórni większy rozgłos i rozpoznawalność. 11 maja 2001 roku ukazuje się pierwsza solowa płyta klawiszowca z Wilków – Andrzeja Smolika, zatytułowana po prostu ‘Smolik’. Poprzedza ją singiel, w którym gościnnie pojawia się Artur Rojek. I taka jest właśnie polityka Sissy – pełnowymiarowy krążek poprzedzić akcją promocyjną opartą na singlach – dodajmy: handlowych. Paweł Józwicki: „Najpierw singiel, potem drugi, potem nagrywanie i wydanie płyty” Taka polityka dotyczyła każdego, kto zapisał się do labelu. Czy mowa o Cool Kids Of Death, Homosapiens, czy Futrze, zawsze wyglądało to tak samo. Na singlach można było znaleźć bardzo ciekawe kąski typu nigdzie indziej niepublikowane nowe utwory, remixy czy nagrania live. Nie raz pojawiały się klipy. Teledyski w Sissy to osobna sprawa. Każdy klip promujący artystę spod jej skrzydeł można by potraktować jako alternatywną mini etiudę filmową. Przywołajmy choćby teledysk w stylu retro do znanego kawałka Smolika nagranego z Noviką – ‘T.Time’ czy klip do ‘Białych Wakacji’ Ścianki.

Warto wspomnieć również o tym, że Sissy Records nie skupiało się na jednym, konkretnym gatunku muzycznym. Tam nie było miejsca na szufladki. W jednej małej wytwórni wydawało się alternatywnie rockowe kawałki Ścianki, pulsujące punkową energią Cool Kids Of Death, łagodne chilloutowe numery Smolika czy avant-popowe dokonania Futra. Dla szefa Sissy liczyło się jedynie to czy ta muzyka jest warta pokazania, promocji wśród słuchaczy – wtedy jeszcze bardzo chłonnego, otwierającego się rynku muzycznego w Polsce. U-zek: „Jedyne kryterium, jakim się kieruję przy doborze artystów, to jest to, żeby starzało mnie na maksa. Jeśli jest dobre, albo poprawne, to mnie nie interesuje. Jeśli jest zajebiste - wchodzę w to. Jeżeli ludzie, którzy je tworzą, są okej (bo to jest drugi, nieodzowny warunek) to zaczynamy...”

Sissy Records to także wytwórnia wydające świetne kompilacje. Pierwszą z nich była ‘Sissy Light’. Zestaw 16 lekkich i płynących numerów głównie zagranicznych artystów. „Odkąd miałem magnetofon to zawsze zgrywałem różne składanki. Wybierałem utwory pod swoim kątem, a później nagrywałem znajomym różne rzeczy. (…)chciałem, żeby ta płyta była wizytówką dla całego Sissy (…) To bardziej składanka o charakterze edukacyjnym niż komercyjnym”. Tracklista obejmuje m.in. Antosh, Badly Drawn Boy czy Stereolab. Rok później na rynku ukazuje się kolejna, choć tutaj poprawniej byłoby nazwać ją koncept-albumem. Artyści reprezentujący różne kierunki i sposoby patrzenia na muzykę zebrali się, aby wspólnie nagrać szesnaście świeżych, ciekawych i nowych kawałków pokazując przez to, że w Polsce jest możliwość pojawienia się takiego projektu. Wszystko odbywa się oczywiście na zaproszenie i pod kierunkiem Pawła Józwickiego. ‘Projekt SI 031’ ugruntowuje pozycję wytwórni na rynku. Po pół roku – w sierpniu 2003 ukazuje się ostatnia wydana pod szyldem Sissy kompilacja: Sissy Sleeper. To zestaw utworów lekkich, bujających, mających zrelaksować słuchacza. Mlecznoróżowe barwy na okładce i w muzyce. Wśród artystów pojawiają się m.in. Cornelius, Lali Puna, Saint Etienne czy polskie Old Time Radio ze świetnym premierowym ‘Snowy’. Niedługo potem na rynku ukazuje się podsumowanie dwóch lat Sissy Records w postaci DVD. Na płytce znalazły się wszystkie klipy, dyskografie, fragmenty koncertów czy wywiadów a także biografie i galerie wykonawców nagrywających dla Sissy. Futro, Smolik, Cool Kids Of Death, Homosapiens, Ścianka i Lenny Valentino. Dodatkowo materiały dotyczące wydanych kompilacji.

W 2004 roku Sissy Records zostaje rozwiązane. Niektórzy wykonawcy rozproszeni po różnych innych labelach (Novika i Smolik nagrywają dla Kayaxu, CKOD wydają płytę w Agorze), o niektórych robi się cicho (Homosapiens). Lenny Valentino i Futro zostają rozwiązane, zaś skład osobowy Ścianki ulega zmianie. Sam Paweł Józwicki zakłada z Bogdanem Kondrackim Jazzboy Records.

12 stycznia 2008

Bjork.


Dzisiaj słuchając krążka 'Volta' pomyślałem, że nawet jeśli muzyka Bjork ma być przystępna, to i tak wymaga zaangażowania przy słuchaniu. I to czyni ją niesamowicie wyjątkową. Bo ostatni krążek Islandki miał być nieco bardziej prostszy w odbiorze niż 'Medulla' (która jest dziełem sztuki moim zdaniem, chyba żadna płyta Bjork jej nie przebije), ale słuchając kawałków 'Pneumonia', 'See Who You Are' czy 'Vertebrae by Vertebrae' to założenie upada.

Wszystko zaczęło się w 1993. A właściwie wcześniej, ale to 'Debut' był jej oficjalnym ... debiutem;) Zadaniem zarówno tego, jak i następnego albumu ('Post') było pokazanie tego, co najbardziej Brzózkę rusza, co najbardziej ją inspiruje i jaka muzyka jej zdaniem jest najciekawsza. Potem pojawił się 'Homogenic'- chłodny a zarazem pełny emocji. Jeden z trzech krązków Bjork, które będą podobać mi się zawsze i wszędzie. Przyszedł czas na wyjście poza platikowe kółka. 'Dancer in the Dark', w którym Bjork zagrała tracącą wzrok Selmę za każdym razem wywołuje ogromną ilośc emocji... Podobnie jak soundtrack 'Selma songs'. Kolejny krążek 'Vespertine' był pierwszą próbą minimalizacji instrumentów. Klipy budzące wiele kontrowersji (klip do 'cocoon' był emitowany tylko po 23, zaś 'Pagan Poetry' ze scenami stosunku seksualnego wywołał oburzenie wśród "praworządnych" i zachwyt fanów) i niesamowity klimat. I nadeszła wspomniana wcześniej 'Medulla'. Wielu krytyków twierdzi, że to najtrudniejsza płyta Bjork, a dla mnie był to album, dzięki któremu zaczęła się moja przygoda z jej muzyką. O wiele trudniejszy w odbiorze był OST do filmu jej partnera Matthew Barney'a. Obraz "Drawing Restraint 9" był ilustrowany niełatwą muzyką. W tym moemncie ludzi podzielili się na tych którzy spasowali i na tych, którzy ścieżką dźwiękową byli zachwyceni. (nie wiem , do której grupy należe bardziej;). I wracamy do punktu wyjścia. 'Voltę' uznałem za największe rozczarowanie. Ale rozczarowaniem była nie tyle sama płyta, a fakt, że nagrała ją Bjork. Ta, która zaskakiwała, wzruszała, wkurzała nagrała album, który nie zaskakuje. Chociaż wzruszać wzrusza-to przyznaje.... Tyle, że nie wiem czy krążek zasługuje na miejsce w podsumowaniu.... Nie ukrywam, że jestem bliski temu, aby.... :}