Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

12 maja 2011

Nie ma lekko, ale...czyli Warsztaty w Wawie


Czasy się zmieniają: cyfryzacja postępuje, wszystko „schodzi” do Internetu, ludzie są razem i żyją na dwa miasta, język angielski to obecnie podstawa, a muza – jak to muza, dla jednych zawsze będzie sztuką, sposobem wyrażania siebie, dla innych – produktem i opcją na obracanie wielomilionowym majątkiem.
Skąd taki wstęp? Otóż miałem wczoraj okazję (a może przede wszystkim przyjemność) uczestniczyć w „warsztatach” dziennikarstwa radiowego skierowanego na prezentację muzyki. Użyłem cudzysłów ponieważ zrobił się z nich w zasadzie panel dyskusyjny (tak to się ładnie nazywa:), podczas którego temat funkcjonowania prezentera w radio przeszedł (a właściwiej ukierunkował) na kondycję radia i muzyki w – uprośćmy – ambitniejszej formie w naszym kraju. Nie odbiegając jednak od głównego tematu, bo wszystko się tu ładnie łączy – zakończyło się, nazywając zjawisko po imieniu, narzekaniem. W skrócie na brak funduszy, lenistwo Polaków w poszukiwaniu ciekawych dźwięków, słaba dostępność płyt i polityczne gierki. Oliwy do ognia dolały później już prywatne rozmowy. Pierwsza, która była znakomitym przykładem tego, że jak samemu nie zadba i nie dopilnuje się spraw związanych z organizacją imprez, promocją itd. to nikt (czytaj: osoby, które powinny być za to odpowiedzialne) się nimi nie zainteresuje. Druga zaś to temat do jeszcze głębszych przemyśleń. Wywiązała się dyskusja dotycząca kultury kupowania płyt, kolekcjonerstwa jako takiego, nie wykorzystywania potencjału, który oferują pewne miasta i znowu – edukacji muzycznej. Czyli znowu marudzenie. Koniec końców z Warszawy wracałem dość skonsternowany, ale mimo wszystko entuzjastyczny i chyba jednak trochę podbudowany. Po pierwsze dlatego, że mam tę przyjemność znać ludzi, którzy mimo trudności, jakie zapewniają nasze polskie realia (blablabla), pozostają jednak wierni tej magicznej pasji do muzyki, walczą o swoje i chce im się to nadal kontynuować. Wiadomo, że nie jest lekko, ale gdyby nie było warto z pewnością już dawno daliby sobie spokój;) Po drugie zaś dlatego, że udzieliła mi się pozytywna energia Goldierocks.
No właśnie: Goldierocks była promowana jako gwiazda paneli, a jak dotąd nic o niej. Szczerze mówiąc, bardzo spodobała mi się jej postawa podchodzenia do tematu z ogromnym samozaparciem, entuzjazmem i wytrwałością. Dobra, można sobie tam mówić, że Brytole już tak mają, ale nawet jeśli, to mało mnie to obchodzi. Cała jej wypowiedź o budowaniu swojej pozycji, promowaniu nazwiska, potem już pseudonimu, pracy za darmo (‘But I felt important’) i o tym, że znalazła niszę jako dziewczyna za DJką, która na dodatek idiotycznie podskakuje podczas puszczania muzyki, spowodowała, że zacząłem trochę inaczej podchodzić do kwestii wiek a osiągnięcia. Przede wszystkim jednak zacząłem wierzyć, że to, co robię ostatecznie ma jakiś sens, a dodatkowo muszę zadbać o wytrwałość.
Czyli nie ma lekko, ale w tym wypadku plusy znacznie przewyższają minusy; ważne, że dopóki jest siła i są chęci, to wszystko można jakoś pogodzić i wiele osiągnąć.

31 sierpnia 2009

FESTIWAL NOWA MUZYKA 2009


Nie wiem czy powszechnie wiadomą rzeczą jest (był) mój pobyt na Festiwalu Nowa Muzyka;). Tych, którzy nie byli, bądź chcieliby sobie przypomnieć co i jak się tam działo zapraszam do przeczytaia mojej relacji z tego trzydniowego eventu. Klikajcie w link poniżej. Na portalu również mega wielka galeria z każdego dnia wydarzenia. Jest co oglądać, co czytać i co wspominać.

Z osobistych uwag w ramach uzupełnienia oficjalnej relacji:
1. Pomysł z zagrodzeniem strefy dla pijących, jedzacych itd był nieco dziwny, bo szkoda trochę, że chcąc się czegoś napić należało opuścić koncerty...
2. Podobnie przymusowe wyrzucanie picia przed wejściem na teren festiwalu. Ja rozumiem alkohol itd, ale czy wniesienie małej butelki wody to aż tak duży problem i finansowa strata dla festiwalu?
3. Całkiem sprawny okazał się kuponowy system, jeśli zdarzały się kolejki to były małe, a obsługa miła i szybka. Dziwiły tylko niektóre ceny - herbata za 6 PLN ?? Tyle samo, co piwo...
4. Jedyną poważniejszą wpadką organizatorów było rozdawanie festiwalowego informatora z nieaktualnym line-upem. Zdaję sobie sprawę z tego, że zmiany mogły być niezależne od gospodarzy, ale mimo wszystko wydrukowanie jednej kartki z prawidłowym rozkładem jazdy w większym nakładzie nie byłoby czymś złym, a przeciwnie.
5. Prywatna trójka najlepszych koncertów to zdecydowanie Flying Lotus, Onra i Dan le Sac vs. Scroobius Pip. Ci ostatni dali jedyny koncert, przy któym można było poskakać...
6. ... a reszta albo bujanie, albo "rytmiczne uginanie kolan". Właśnie - brakło mi choćby jeszcze ze dwóch artystów, przy których można było się wyszaleć do upadłego.
7. Jeśli miałbym porównać tego roczną edycją z tą z 2008 roku, to z pewnością w przypadku obu znajdą się i plusy, i minusy - trudno jest wyłonić te lepszą. W zeszłym roku z pewnością bardziej można było się skupić na koncertach, gdyż było ich mniej. W tym roku momentami trzeba było wybierać. Co oczywiście nie jest żadną wadą - świadczy jedynie o rozwoju przedsięwzięcia. Za rok liczę na jeszcze większe rozterki!!

23 maja 2009

5 years of BEATS FRIENDLY















Urodziny minęły, pięć lat uczczone. Wypadałoby więc napisać kilka słów. Ogólnie imprezę uważam za udaną. Najpierw stopniowo parkiet rozkręcali Lexus z Bartkiem Winczewskim. Kiedy nazbierało się już ludu – a tego było naprawdę dużo, o wiele więcej niż na kwietniowym evencie – stery przejął Ben Westbeech. Zaczął swoim remixem numeru ‘Love’ Jose Jamesa, by potem grać świetne house’owe numery z klasycznym już ‘Around The World’ Daft Punk czy wręcz zajebistym ‘The Rat’ Lovebirds na czele. No i wszystko było naprawdę super – wkręciłem się na maxa szybko, pomijając już ceny drinków we FLOW, dzięki rumowi z colą. Czuć było entuzjazm i radość klubowiczów. Wtedy Westbeech zszedł z bpmu i pojechał selekcją około-hip hopową. Trochę za wcześnie, ale jak się okazało, złe miało dopiero nadejść. Zamiast miksować Dawida Bowie z Madonną i oklepanym ‘Billy Jean’, mógł oddać stery spowrotem w ręce Beatsów. Tego jednak nie zrobił i zaczął puszczać numery niczym ze studenckiej biby – rock’n’roll też się załapał… W efekcie chłopaki trochę siedzieli z założonymi rękami, a Novika nie pośpiewała praktycznie wcale. Ja po tym świetnym house’owym początku nie miałem siły, ale też jakoś nie umiem się bawić przy takiej selekcji. Może po prostu nastawiałem się na coś innego. Facet miał też śpiewać, a trochę tego było za mało… Byłoby o wiele lepiej gdyby około 2 oddał DJkę gospodarzom. No ale, ponieważ ideał jest nieuchwytny wiec i tym razem coś musiało zgrzytnąć. Tak czy inaczej opłacało się jechać, choćby po to żeby przekonać się, że wolę, kiedy Westbeech śpiewa na płycie, niż gdy gra na imprezie.

25 kwietnia 2009

1st Beats Friendly Night @ FLOW

Pierwsza impreza w nowo otwartym klubie. Jak tam będzie? Fajne miejsce? Uda się? Takie pytania krążyły mi po głowie przed samym eventem. Ulica 3go maja to świetna lokalizacja, jak na klub – blisko dworca, zaledwie kilka kroków. Śmieszne jest natomiast samo najbliższe otoczenie klubu, gdzie aż roiło się od różowych neonów z trzy literową zbitką „sex”;) Mimo wszystko jednak – miejsce dość interesujące. To już nie stal i szkło a’la rondo, ale ciepło urządzony, przytulny lokal w kamienicy. Dość stylowo, tylko nie wiem, po co im plazmy z fashion.tv. Tak czy inaczej: miękkie sofy, wydzielone miejsce na palarnie, chłodny korytarz i może niewielki, ale klimatyczny dancefloor z dyskotekową kulą (hah) i widok z okna na główną ulicę Katowic. Wszystko to złożyło się na – po prostu - fajną atmosferę.

Początkowo obecnych było niewiele osób. Bliżej północy sytuacja zaczęła się nieco zmieniać. Mała frekwencja z pewnością była spowodowana darmową imprezą w Rondzie Sztuki. Mnie zdecydowanie bardziej odpowiadał klimat i djski skład obecny we Flow. Jak zawsze zagrali świetnie, ale tym razem to było coś więcej. Fidget, bassline – byłem zaskoczony nie tylko obecnością takich dźwięków, ale… nie wiedziałem, że mnie tak mocno ruszą. Ustać było trudno (dwuznaczne…), czasem trzeba było usiąść, żeby nabrać sił i powrócić na parkiet. Miażdżyło nie tylko nagłośnienie, ale i muzyka, i mocny, taneczny klimat.

Ból karku, piekące oczy i zdarte od wrzasków gardło - kolejna udana Beats Friendly impreza – oni nie zawodzą nigdy. Nowe miejsce też nie rozczarowało, a mile zaskoczyło i już nie mogę doczekać się piątych urodzin kolektywu, na których to gościem specjalnym będzie sam Ben Westbeech.

25 lutego 2009

PolskieRadio Euro....od środka.

Wizytę w Polskim Radio Euro mógłbym skomentować jednym, prostym "o kurwa!". Fajnie było zobaczyć od środka studio. Znaleźć się po drugiej stronie kamery (sic! Radia się słucha, a nie ogląda!) i mikrofonu. Trzeba przyznać, że mają tam szybkiego neta, ale co dziwne widok z kam w studiu był z opóźnieniem (co nie występuje podczas domowego obczajania). Tak czy inaczej dla mnie były to niesamowite ponad trzy godziny spędzone w przyjemnie umuzycznionej atmosferze i na dyskusji o różnych kwestiach powiązanych-z-muzyką (mniej lub bardziej;). I chociaż początkowo czułem się nieco skrępowany big brotherem, to po krótkim czasie się przyzwyczaiłem. Magia radia nie prysła, a mój życiowy cel dostania się do roboty w radiu podbił się o kolejne 100% - czytaj: jeszcze bardziej mnie wzięło.
Całą resztę + „tajniki pracy w radiu” zostawiam dla siebie – w końcu pewne rzeczy powinny zostać tajemnicą:) Wielkie dzięki Rawski!


A budynek mają jebitny wręcz!

24 lutego 2009

warszawski dzień 1.

W pierwszych minutach byłem nieco rozkojarzony i speszony, bo takie wielkie miasto przyniosło początkowo rozczarowanie. Ale wystarczyło poświęcić chwilę na aklimatyzację żeby stwierdzić, że Warszawa mimo tego iż każdy jest tu praktycznie bezosobowy to cholernie wciągające miasto. Najbardziej wciaga kasę - za to można uzyksać całkiem przyjemne fanty: Hint 'Driven From Distraction' i Milez Benjiman 'Feel Glorious' - a to dopiero początek.
Wreszcie zobaczyłem, jak wygląda SideOne w realnym (a nie internetowym) świecie. Jaram się w sumie, bo miejsce klimatyczne i ciekawe. Pełno tam winyli (dlaczego ja nie mam gramofonu :( )i cedeków. Parę wziąłem sobie na odsłuch i waham się między Foreign Exchange a J Davey, choć szala przechyla się w stronę ten drugiej. Póki co postanowiłem się przespać z tą decyzją. Czasu na myślenie mam sporo, bo do północy daleko, a potem... no własnie:) Szczerze mówiąc, wizyta w PR EURO mnie mocno nakręca - jestem w stanie przepuścić cała kasę, jaką mam - a to niebezpieczne;)


(Pisane na ławce przed Empikiem Junior)


15 lutego 2009

AfterRondo:)

Jak tylko wszedłem i usłyszałem, co leci jako warm up, to stwierdziłem, że czuje w trzewiach, że będzie ostro. I tak jakoś się sprawdziło to moje przeczucie. Nie dziwne zresztą, w końcu to Beats Friendly – nie ukrywajmy: znana i ceniona marka (chyba można tak powiedzieć). Tak czy inaczej reprezentacja BF w osobach Noviki, Lexusa i Rawskiego przyciągnęła do katowickiego Ronda Sztuki tłumy. Co ważne: tłumy powodowane nie jakąś tam chęcią lansu, postania z piwem (w Rondzie, akurat…), bo wszyscy przyszli dla nich. Set house’owy, ale nie brakowało też niespodzianek, które koło drugiej zaskoczyły chyba wszystkich. Najbardziej chyba kawałek ‘Stand By Me’;). Mnie jakoś wtedy złapał zmęczeniowy kryzys, który na szczęście po 30 minutach minął i zostały tylko bolące nogi, ale to nie przeszkadzało w powrocie na parkiet. Co tu więcej pisać, poza tym, że Beatsi rozkręcili zajebistą imprezę? Że skończyli kawałkiem teletubisiowym? :P Było warto czekać potem 2 godziny na powrót do domu, było cholernie warto! :)
To miała być relacja, ale rzeczowo jakoś nie potrafię ;)

6 listopada 2008

Loco Star w Elektro. 6 listopada 2008

Formacja Loco Star już drugi raz po premierze płyty 'Herbs' zawitała do Katowic. Tym razem zagrali w klubie Elektro. I to już drugi ich koncert w tym roku, którego długo nie zapomne!Wszystko zaczęło się z drobnym opóźnieniem. Ale po długiej drodze zdarzają się i takie sytuacje, poza tym lepiej, że zaczęło się nieco później niż o 20 - być może dzięki temu dotarło więcej osób. Chociaż i tak stwierdzam, że przybyło troche mało ludzi. Tak czy inaczej moim zdaniem publika urządza koncert w 25%. Reszta należy do zespołu. I Locosy z tych swoich procentów wywiązali się z ogromną nawiązką.Zaczęli od pochodzącego z pierwszej płyty utworu 'Mors'. I od pierwszego dźwięku 'Morsa' aż do ostatnich brzmień, przez całe 1,5 godziny zaskakiwali zmienionymi aranżacjami utworów czy nowymi coverami. Zwarte formuły piosenek przechodziły często w improwizowane elektroniczne pejzaże. Wszystkie brzmienia z komputera podparte były żywymi brzmieniami trąbki, basu i perkusji. I oczywiście jak zawsze cudownym wokalem Marsiji. Publika choć nieco (?) wycofana, zasłuchana była dość mocno, a swój entuzjazm wyrażała częstymi brawami i okrzykami (bo nie umieli gwizdać:p "wtedy robi się ho-ho!" ) W zestawie koncertowym pojawiły się 'Arps', 'In heaven + Out of Heaven', 'Lonely' czy 'Gunshot Glitter'. Jak widać splecione zostały utwory zarówno z pierwszego, jak i drugiego albumu. Splecione także ze sobą, bo takie 'Herbs' przeszło w 'Simple Logic', choć zaaranżowanym nieco inaczej. Jako bis zespół zagrał nowy, nieznany mi dotąd utwór, którego tytułu niestety nie zapamiętałem. Ale był cudownie piękny i fantastycznie płynący i koniecznie musi się gdzieś znaleźć. Na sam już koniec w dość przewrotnej i śmiesznej wersji zagrali 'Understand It All', po czym w pełni glorii i chwały opuścili scenę. Gdyby tylko się dało, to chciałbym takie koncerty sobie móc zapętlać i na okrągło, na okrągło!

25 października 2008

UNSOUND: Soundproof I /Noze, dOP, Tibor Holoda, Bshosa/

Unsound to dość spory festiwal, bardzo rozciągnięty w czasie, obfitujący w występy wielu ciekawych artystów. Ja skupię się na jednej z imprez tego wydarzenia, na której miałem okazję być. Wtedy to zagrali Bshosa, dOP, Noze i Tibor Holoda. Całość odbyła się w klubie Pauza, dośc przyjemnym i sporym, jak na krakowskie warunki, miejscu. Parkiet dla gwiazd wieczoru rozgrzewał przedstawiciel warszawskiego kolektywu detroitZDRoJ! - Bshosa. Grał oczywiście bardzo technicznie, tech-housowo. Niestety, jak to zwykle bywa o tej porze, dancefloor był raczej pusty i aż żal, bo DJ grał naprawde mocno tanecznie i nogi same się rwały do tańca. Na szczęscie ludzie powoli zaczęli się schodzić i zapełniać wolne miejsce, a w końcu i zaczęli tańczyć. Niedługo potem obok Michała rozłożyli się chłopaki z dOP. Francuskie trio pokazało, że muzyka house'owa produkowana we Francji dalej ma się świetnie i wcale nie zamierza być dead. To co grali było stylistyczną kontynuacją setu ich poprzednika i klubowicze od razu załapali o co chodzi. Do tego wokale pana w śmiesznej czapce, który wychodził do publiczności. Wszystko pięknie i przez chwilę nawet myślałem, że dOP przyćmią swym blaskiem gwiazdę wieczoru, czyli swych protektorów - Noze. Ale myliłem się. Kiedy za sprzętem pojawiło się duo znane z zamiłowania do imprez suto zakrapianych alkoholem, ludzie zebrani tej nocy w Pauzie wprost oszaleli! Cały dancefloor był pełny. Najpierw wszyscy odśpiewali sto lat, gdyż jeden z członków Noze "obchodził urodziny" (a czy to prawda, to już nie wiem;), a kiedy już panowie dostali wódkę zaczęli grać. Ich liveact-set obfitował w dość duże zmiany tempa. Od ballad z udziałem jedynie klawiszy i wokalu przez techniczne numery, na kawałkch z 'Songs On The Rocks' kończąc. Te ostatnie brzmiały wręcz jakby były odgrywane z płyty, ale to nic. Wszyscy z łapami w górze, śpiewając teksty znanych 'You Have To Dance' czy 'Remember Love' podskakiwali, krzyczeli i tanczyli. Noze po prostu podbiło cały parkiet. A swój występ urozmaicali czy to przez picie wódki z gwinta, czy przez rozbieranie się na "publicznym okazywaniu miłości" kończąc :P Tuż po Noze swój set zaczął Tibor Holoda, który grał dość twardo, że tak powiem. Pochodzacemu z Bratysławy DJowi niestety nie udało się nawet w połowie podbić klubowiczów. Pewnie dlatego, że było dośc późno no i każdy był zmęczony po występach gwiazd z Francji. Na parkiecie zostało może 15 osób. Tak czy inaczej grał dośc fajnie i nawet troche szkoda, że zostało tak mało ludzi. Zdaniem: noc pełna wrażeń. Naprawde warto było tam być.

12 października 2008

Dwa dni OffCamery.


Na liście festwali muzycznych zagościła nowa pozycja - Offcamera. I wcale się tu nie pomyliłem. Wiem, że Offcamera to festiwal filmowy. jednakże, dzieki zainwestowaniu również w muzyczną stronę wydarzenia, można muzykę i film zestawić równorzędnie na pierwszym miejscu. Nie będzie więc wielkim zaskoczeniem, jesli ktoś na tego eventa wybierze się tylko ze względu na zaproszonych artystów sceny muzycznej. Tak było w moim przypadku. Udało mi sie zobaczyć występy artystów z trzeciego i czwartego dnia festiwalu i stwierdzam, że było warto.
Dzień trzeci to występy Pustek, Noviki i Gillesa Petersona a także DJów kolektywu Beats Friendly - Mr.Lexa i Rawskiego, którzy początkowo mieli supportować radiowca z Wielkiej Brytanii. Okazało się jednak, że Gilles przywiózł własnego człowieka. Śmiem twierdzić, że publikę znacznie lepiej rozgrzaliby polscy reprezentanci. Fragment seta supportera (bo do tej pory pojęcia nie mam jak się nazywa) który usłyszałem, dużo bardziej nadawałby się do radia niż na klubowy parkiet. Przykład? Zagranie numeru 'Telephone' z ostatniego krążka Eryki Badu - niedość że kawałek powolny to moim zdaniem nadający się jedynie do odsłuchu domowego, gdyż jest naładowany emocjami, które nijak pasują do tańca. Nawet bujania. Po nim swój występ zaczął pan Peterson. Spodziewałem się tego, że w set wplecione będą kawałki z pogranicza disco, broken beatu z jakimiś nu jazzowymi wpływami i nie mogę powiedzieć, żeby mnie zaskoczył. Moim zdaniem nie zagrał specjalnie oszałamiająco. Set wciągnął mnie na krótką chwilę, gdy pojawiły się nieco bardziej techniczne utwory. Potem zaczęło się najgorsze: Gilles złapał za mikrofon i zaczął do niego gadać, ściszając co chwila muzykę. Rozczarował mnie tym bardzo. Takie konferansjerskie zagrywki kojarzą mi się z marnymi dyskotekami, do których nastawiony jestem conajmniej wrogo... Ogólnie rzecz ujmując set Gillesa mnie nie powalił i nie porwał. Dużo bardziej podobała mi się selekcja Beatsów i aż bolało, że nie było nikogo na parkiecie.
Wcześniej swój koncert miała Novika wraz z zespołem. Niestety, zdarzyły się jakieś techniczne wpadki i koncert zaczął się z opóźnieniem. Dodatkowo został skrócony do pół godziny. Brakowało mi też Marsiji na chórkach - chociaż brawurowo zastąpił ją Sqbass.

Dzień czwarty upłynął bardziej pod znakiem koncertów niż setów. Główną gwiazdą wieczoru miał być ośmio-osobowy skład projektu Nostalgia 77. Wcześniej jednak niezły popis dali panowie z projektu Baaba. Chłopaki bawili się muzyką jak tylko można było i wspierani przez obdarzoną pięknym głosem panią zapowiadającą pociągi porwali publikę. Nadszedł czas na gwiazdy wieczoru. Znów męski skład. Zagrali bardzo jazzowo. Dodałbym jeszcze przymiotnik: filmowo. Dźwięki klaiwszy, gitar i perkusji wspomagane były przez sekcję dętą. Brakowało mi jedynie smyczków żeby wprowadzić mała nutę melancholii. Myślałem, że to najciekawsze wydarzenie wieczoru, ale okazało się, że najlepsze dopiero nadejdzie. Wcześniej jednak warto było odwiedzić klub restauracyjny - tzw. mała scenę, na której parkiet rozgrzewali Envee i chłopaki z kolektywu Piękni Chłopcy grają Piękne Piosenki. Selekcja dużo bardziej ciekawsza niż ta Gillesowa jakoś mi podeszła. Trudno było ustać w miejscu. Tymczasem na dużej scenie rozłożyli się Flykkiller. Kto przegapił, niech żałuje. Trzy osobowy skład wyzwolił niesamowicie duża porcję energii. Pojawiły się numery z debiutanckiego krązka takie jak 'Flykkiller' w remixie Davida Holmesa (wykonywany na żywo jest jeszcze lepsze niż oryginał) czy 'Peroxide'. W większości jednak występ składał się z nowych numerów, które fani dobrze znają. Nie znaczy to jednak, że Fkk niczym nie zaskoczyli. Przeciwnie: pojawiły się kolejne świeżutkie numery. Pochodzący z nadchodzacej płyty 'Over', który wywołuje niesamowite ciarki czy kawałek nagrany na ścieżkę dźwiękową do fińskiego filmu. To był najlepszy koncert zagrany podczas mojej dwudniowej wizyty na festiwalu.

Warto wspomnieć o lokalizacji, gdyż ta była dość ciekawa. Otóż klub festiwalowy został umiejscowiony na dworcu PKP w Krakowie (stąd pani od pociągów). Wszystko wyglądało naprawde fajnie, wykorzystano cały dworzec. Hall na sale koncertową, restauracje na klub a poczekalnie na ...chill out. Dobre rozwiązanie, mam nadzieje, że zostanie jeszcze wykorzystane w przyszłości.

Festiwal Offcamera nie tyle ma szanse stać się kolejnym pretendentem do festiwali roku, co już nim jest. Inwestycja w artystów światowej klasy i zaproszenie ciekawych polskich wykonawców to strzał w dziesiątkę. Zastnawiam się skąd organizatorzy wzięli tyle pieniędzy. Spora nagroda i honoraria... Tak czy inaczej już czekam na kolejną edycję.

5 sierpnia 2008

Audioriver 2008 RELACJA - foto

Głowna scena, Main Stage. + Logo festiwalu
Głowna scena o 4 nad ranem... Bosko naśmiecone;P
BYłem? Byłem, a to dowód. Dzięki http://www.muzikanova.pl/
Widok na namioty z góry, skarpy, te
Pole namiotowe. "Wielkie, ogrodzone, dostęp tylko dla tych z opaskami" - jasne:]
Chill out zone i słynne kwiaty.
Słynne kwiaty w chill out część 2.
Diodowy dywan nad didżejką w Red Tencie. Świetny pomysł!

Przepraszam za jakośc, ale fotki robiłem komórkowym urządzeniem telefonującym;))




4 sierpnia 2008

Audioriver 2008 RELACJA

Nawet jeśli wydaje się, że festiwal okaże się cienizną, warto czasem, zaryzykować. Tak było w wypadku Audiorivera, do którego podchodziłem z ogromnym sceptycyzmem. Dopiero rekomendacja Noviki i Lexusa pozwoliła patrzeć mi na wydarzenie nieco przychylniejszym okiem, a kiedy zobaczyłem line up wielkiej imprezy, pomyślałem, że może jednak trzeba tam być. W dwa dni wszystko było gotowe i jedynie 8 godzin drogi do Płocka dzieliło mnie od przekonania się na własnej skórze, jak tam jest.
Zaczęło się od nerwowego poszukiwania miejsca, w którym miał odbyć się festiwal. Tu niestety zawiodła organizacja, bo nigdzie nie było drogowskazów, jak dotrzeć do festiwalowego miasteczka. A dla kogoś, kto w Płocku znalazł się poraz pierwszy (czyli m.in. dla mnie) to nie było oczywiste. Kilku zaczepionych przechodniów później dotarłem na miejsce z opóźnieniem. Dość sporym bo prawie 3godzinnym, ale jednak. Szybkie (powiedzmy;) rozbicie namiotu i biegem do czerwonego namiotu, gdzie od 45 minut odbywał się live act Beats Friendly. Za deckami stanęli Lexus i Bartek Winczewski, wokalnie wspomogła ich Novika, a dodatkowo swoje trzy grosze dorzucił Nasko grając na klawiszach. Wszystko było - jak zwykle na imprezie Beats Friendly - niesamowicie udane i porywające od pierwszych chwil do parkietowego szału. Nie stałem sięc obojętnie, ale od razu poleciałem tańczyć pod didżejke. Świetnie wyglądał sam namiot, w którym grali. Rozgrzany do czerwoności, tak samo oświetlony, z wygodnymi siedzeniami i wiatrakami w kątach. Do tego didżejka cała w czerwonych diodach - bardzo to wszystko miłe dla oka.
Ledwo Beatsi skończyli swój live act, a już trzeba było biec pod główną scene, gdzie rozkręcała się ekipa Roni Size Reprazent. Nie wywarli na mnie tak wielkiego wrażenia, ażebym chciał od razu zapoznawać się szerzej z ich twórczością, ale z drugiej strony bardzo podobał mi się ich styl. Niesamowicie energetyczny MC, do tego wokalistka obdarzona pięknym głosem, żywe instrumenty i jak to często było podkreślane "100% live beats". Po tym, bądź co bądź fajnym występie chwila wycieczki po miasteczku - wszak wcześniej nie było czasu.
Cały festiwal odbywał się na plaży nadwiślanskiej. Wielki nie był, ale trzy sceny, strefa chill outu i kilka budek z jedzeniem, gadżetami czy... salonem fryzjerskim nie potrzebowały duzo miejsca. O poszczególnych scenach za chwilę, najpierw parę słów o pozostałych aspektach festiwalu - nieco bardziej przyziemnych: gastronomia. Spodziewałem się czegoś więcej mimo wszystko, bo dwie budki z kiełbasą, kaszanką i jedna budka z fast foodem to za mało. I już nawet nie chodzi mi o wybór posiłków, a o ilość punktów, w których można je wybierać. Ustawiały się do nich duże kolejki, przez co, jeśli ktoś był zdesperowany i musiał coś zjeść był zmuszony zarwać występ lub jego fragment...
Pora na obejście i dokładne przyjrzenie się scenom. Red Tent - opisany wyżej. Ale przy okazji warto wspomnieć o pozostałych, którzy grali właśnie na tej scenie. Pojawili się np. Glasse, Easy czy Peres. Wniosek po kilku wizytach w Red Tencie nasunął mi się taki: najbardziej lubie imprezy Beats Friendly. Chłopaki grają naprawde bardzo fajna kawałki, w których brakuje nawalanki, Novika wszystko ładnie uzupełnia swoim wokalem - mam pewność, że kitu mi nie wcisną. Nie chcę tutaj krytykować zadnego z djów, którzy występowali podczas Audioriver, ale ci po prostu grali nie w moim guście - lub po prostu wrażenie to jest spowodowane tym, że nie mogłem zostać na wszystkich imprezach na dłużej. Oprócz Beats Friendly, spośród grających w RT, wrażenie zrobił na mnie duet Luiphobia, czyli Kuba i Grom, który gra na elektronicznych bębnach (nawiasem mówiąc również należy do kolektywu Beats Friendly - coś w tym jest;). Kuba grał przyjemnie, a Grom dodawał od siebie całkiem fajne drumy. Wszystko pasowało. Żałuje, że nie mogłem zostac dłużej na ich imprezie.
Tuż obok znjadował się tzw. Chillout. Teraz - dlaczego piszę 'tzw'. Otóż, zawsze byłem przekonany, że w chilloutach gra się spokojniej i nieco ciszej niż na mainfloorze. A tym czasem wchodząc do strefy chillu na Audioriverze przekonałem się, że z chillowaniem są splecione jedynie miękkie fotele i wizualizacje rozkwitających kwiatów. Muzyka przypominała mi tą z Red Tentu. Moje wyobrażenie o chill oucie spełniło jedynie dwóch ( o ile się nie myle) zaproszonych tam djów, którzy grali przyjemnie płynące numery, pozwalające na pełen relaks. I tu załuję, ale nie jestem w stanie stwierdzić, którzy dje to byli, gdyż line up strefy chill outu był bez godzin. Jedyne, co mogę powiedzieć to, że grali w drugi dzień eventu...
Pozostał jeszcze Circus Stage, na którym w pierwszym dniu zagrali Agoria, 3 Channels czy też - chyba moje największe odkrycie festiwalowe - Loco Dice. Minimalowo-housowo i niesamowicie tanecznie zagrał producent pochodzacy z Dusseldorfu. I mimo, że nie przetańczyłem całego występu (bo dosięgło mnie lekkie zmęczenie), to wystarczyło popatrzeć na tłum, który elektryzowany przez muzykę Loco Dice'a wpadł w trans. Równie dobrze bawili się ci, którzy byli w strefie dla vipów. Spod bramek widac było i ich podrygi. W końcu i moje zmęczenie przeszło i dołączyłem do reszty! Tuż po Loco Dice swój live act dał SLG. Świetny producent pochodzący z Łodzi zagrał świetnie. Jego występ pozwolił mi na jeszcze szersze zapoznanie się z jego twórczością, ponieważ z zagranych przez SLG numerów znałem tylko 'Caffeine'. Troche publiki wymiękło, bo grał od 7 rano, ale ta część, która postanowiła zostać, bawiła się równie dobrze jak przy Loco Dice - wnioskuje po ich zachowaniu. Zresztą, ja też się nie dałem zmęczeniu i wytrwałem do końca. W drugi dzień na Circus Stage pojawili się między innymi CBass & Micobene, którzy zagrali bardzo ciekawy set, szkoda, że mieli tylko godzine i do tego zaczynali, bo trudno się w tak krótkim czasie rozkręcić, ale i tak mi się podobało. Dodać należy (dla tych którzy nie wiedzą), że ten duet pochodzi z Polski i chociaż pewnie szans na kariere w rodzimym kraju nie mają, to ich numery podobają się zagranicą. Potem na scenie Circus pojawili się np Damian Lazarus czy Ricardo Villalobos, ale - wstyd przynać - nie byłem na ich występach poza krótkimi fragmentami. Nie będę więc oceniał.
Na dużej scenie pojawili się wtedy UNKLE. Ekipa Jamesa zagrała mocno rockowo - dużo gitar, perkusja i niesamowita charyzma sprawcy całego zamieszania. Przynam, że spodziewałem się mimo wszystko więcej elektroniki, ale i tak ich koncert był jednym z jasniejszych punktów festiwalu. Być może dlatego, że wreszcie na scenie pojawił się ktoś, kto nie grał beatowo, ale bardzo mocno zasłuchałem się w ich koncert. Zmęczony (bo po pierwszym dniu spałem jakieś 40 minut) nie miałem siły poskakać, jak inni festiwalowicze, ale w głowie na długo pozostanie mi to wydarzenie. PO UNKLE na main stage rozstawił się 2020 Soundsystem ze swoim live actem. Słyszałem tylko poczatek, mocno wkręcający. Gdyby nie to, że zmęczenie zaczęło sięgać zenitu na pewno wciągnął bym się w pląsy. Zamiast tego, udałem się do chilloutu, ażeby troche odpocząć i... zasnąłem. Tym sposobem przespałem reszte live actu 2020 Soundsystem i mocno się na siebie zdenerwowałem.
I to już wszystko, co widziałem i słyszałem. Chociaż sporo przegapiłem to z drugiej strony miałem okazje usłyszeć równie dużo ciekawej muzyki. Cieszy fakt, że brakowało tu tandetnych dźwięków i przypadkowych ludzi. Publika wiedziała na co przychodzi i chociaż zdarzały się dziwne rodzaje tańca, o których wolę nie wspominać szerzej, to były sporadyczne przypadki. Jedyny fakt, którzy mi podczas festiwalu przeszkadzał to wpadki organizatorów typu brak zapowiadanych umywalek na terenie pola namiotowego, gdyż dostep do tych na terenie festiwalu był jedynie do godziny 8 rano. Jednakże pod względem muzycznym impreza była niesamowita i nie żałuje, że tam byłem!
Po zdjęcia zapraszam jutro - dzisiaj już nie mam siły na ich wrzucanie;)

30 czerwca 2008

FESTIWAL NOWAMUZYKA

Skończył się festiwal Nowamuzyka i tak za bardzo nie wiem, co mam napisać. Tzn. jedyne, co wiem to, że mógłby trwać dłużej o kilka dni. Bo było naprawdę świetnie.

Dzień 1.
Występy:
Osaka Invasion: walenie po bębnach i gitarze i wszechobecny hałas + 'wokale' typu haslkabsjiaDB, to chyba nie jest coś, co lubię, więc z całego koncertu widziałem jakieś 15-20 minut może. Za to było z czego się śmiać 'Welcome opener! We love you.' I można było kupić ich płyty - 21 + 2 bonus traX, z japońską bunny na okładce. Jakoś tak wyszło, że się nie skusiłem, a żałuje teraz... :]

Flykkiller: tu nie mogło być inaczej. Chociaż powiem szczerze, że bałem się jak wypadnie ten koncert, bo dzień wcześniej widziałem video z jakiegoś występu w tv i nyłem rozczarowany. Wrażenie minęło po pierwszym - sztandarowym - numerze 'Flykkiller'. Potem było już coraz lepiej, ale stanie pod barierkami nie było mądrym pomysłem, bo strzelało w uszach... Za to był jeden nowy kawałek 'Over' i ja chce go na nowej płycie. Zresztą Pati już o tym wie...;))

Landstrumm & Millanese: i tutaj w zasadzie widziałem jedynie jakieś pół godziny, bo oczywiście oni się nie mogli spóźnić jak Osaka np. I nawet nie pamiętam, jak zagrali, ale wiem, że mi się podobało wtedy.

Prefuse73 feat. Dimlite: elektronika, mnogość efektów. Jak tego słuchałem to czułem się tak jakby ktoś prowadził mnie na granice marzeń sennych tylko po to, żeby za chwile drastycznie jakimś trzaskiem czy szumem mnie z niej wyrwać. Narkotyczne wizje itp też wchodziły w gre. Świetnie słuchało się Prefuse73 leżąc na trawie za namiotem.

Na małej scene cały czas coś się działo. Muzyka w stylu kawałków z labelu Equaliteq. Polecam szczególnie wydawnictwo opatrzone nr 12 - przekrój "małej sceny dzień pierwszy" jak znalazł. Do pobrania tutaj: http://media.sonicsquirrel.net/Equaliteq/012/eqq_012.zip (numer DNCN 'Nurume' tam nawet chyba leciał - wiedziałem, że kojarze!!)

Dzień 2.
Występy:
Tempfolder: Polscy debiutanci. Grali dośc fajnie, nie żeby mnie jakoś porwało, ale przyjemnie było siedząc na trawie posłuchać ich kawałków, pobujać się i tego typu atrakcje poczyniać. Mieli elektronike, mieli żywe instrumentarium i kawałki z pomysłem. Szkoda że bez wokalu, bo jakieś wokalizy pasowałyby do tego myśle dość nieźle.

Dick4Dick: No tutaj, to ja naprawde WIEM, co mam napisac---> na scenie mega szał, na ekranach mega szał. Dali tak niesamowity występ. I tu nawet nie chodzi o muzykę (bo tą można różnie odbierać), ale o to, że oni to poprostu sceniczne zwierzęta! Skaczą, szaleją, wygłupiają się i wciskają kamerke, gdzie popadnie;] Do tego na ekranach wyświetlają swoje genialne klipy (polecam youtube-ale tylko od 18lat wyskakuje:). I te ich genialne teksty, np dedykowane dla menagera 'dick in your mouth'

The Heavy: z tego widziałem dwa kawałki. Pamiętam problemy z nagłośnieniem i to, że mi się nie podobało specjalnie.

I teraz uwaga!!!
Jamie Lidell:
Tutaj to powinien być chyba osobny post, bo to zrobił ten facet przesżło moje najśmielsze oczekiwania. Wyszedł w tej swojej złotobłyszczącej marynarce z Pablem Fiasco (który miał jakieś śmieszne coś na twarzy - okulary? maska?) i od pierwszego momentu publika była jego! Zaczął kawalkiem 'Another Day'. Normalnie muzyka z playa. Ale to, co działo się potem...! Koleś zaczął regularnego liva acta! Dogrywał beatboxy, sample, miksował się na żywo i do tego śpiewał. Pod sceną piski, krzyki i oklaski sypały się często i gęsto. Ja byłem w szoku. Jamie nie tylko udowodnił, że głos na żywo ma tak samo dobry, jak na płycie, ale do tego niesamowicie mnie zaskoczył formą swojego występu. Zdecydowanie pierwsze miejsce wśród koncertów na tegorocznej edycji FNM.

Deadbeat: [DEADBEAT! DEADBEAT!] kolejny świetny występ/ live act. POrwał mnie tak samo jak Jamie Lidell. Zresztą nie tylko mnie - wszyscy skakli, tanczyli, wrzeszczeli i co tylko. Podobno ktos miał gwizdek - manieczki? Dobrze, że nie słyszałem tego gwizdka bo wepchnąłbym go właścicielowi do gardła. Wracając do deadbeta: zagrał dubowo technicznie i mnie się to bardzo bardzo bardzo podobało. Super były momenty, kiedy tak wyciszał żeby skumulowac energie i nagle wystrzeliwał kolejny cudowny beat. Pokłon - drugie miejsce na festiwalu.

Potem chwila na małej scenie (bo Deadbeat był ostatnim wykonawcą na dużej scenie tej nocy) i wyprawa w miasto;)

Dzień 3. (o którym chyba najmniej mogę powiedzieć)
Występy:
Robert Logan - mało pamiętam, tez jakieś techniczne, perkusja + elektronika. Fajne nawet, ale bez fajerwerków dla mnie.

Oszibarack: Tu od razu napisze, że ich koncert to dla mnie 3 miejsce wśród występów na FNM. Pod sceną staliśmy już 50 minut przed ich koncertem, oglądając próby. Kilkakrotnie miałem ciary na plecach (już podczas tych prób), kiedy usłyszałem swoje ulubione 'Motocross'- tak samo podczas koncertu. Śpiewanie ich tekstów podczas oglądania ich na żywo to wielkie przeżycie;)) Chłopaki tam szaleli, a Patricia sobie maszerowała - za to bardzo łądne śpiewała. Pojawiły się numery i z pierwszego (Polinka, First Station), i z drugiego krążka (Anchor Up, Liquid Song, wspomniane wcześniej Motocross czy Point Blank). Jak dla mnie dali super koncert - drugi z sekcją dętą:)

Chris Clark - i tutaj to już słuchałem może jakieś 10 minut, bo duzo bardziej podobała mi się muzyka obecna w tym samym czasie na małej scenie. Więc poczynię małe wtrącenie:

mała scena podczas występu Chrisa Clarka na dużej scenie:
Pojawiały się kawałki Muzykoterapii, remixy Envee'ego czy Fat Freddys Drop. Słowem soulowo, funkowo, dubowo itp. W jednym zdaniu: Piękni Chłopcy grają Piękne Piosenki ;) Tutaj link do ich MySpace.

Wracamy do dużej sceny:

Holy Fuck - przegapione, jedynie mały fragment, który specjalnie nie przypadł mi do gustu.
Battles - to też raczej nie moja branża, że tak powiem. Czytałem coś o jakichś problemach technicznych na początku, ale nie słyszałem ich, bo byłem zajęty dużo ciekawszą od ich występu rozmową.

A po Battles co? Wynocha, a szkoda, bo liczyłem na to, że na małej scenie coś się jeszcze zadzieje...
Trzeba było się troche podołować, żeby na statoilu zamienić to w atak śmiechu.

Gdybym tak miał krótko podsumować te 3 (4) dni to napisałbym "ale suuupeeeer", a że nie jest to stricte informacyjno-muzyczny blog, to napisze jeszcze to:
Ten festiwal niebyłby taki świetny, gdyby nie Dawid i Julia - ogromnie Wam dziękuje za... wszystko :D

15 czerwca 2008

Beats Friendly Night - after

Nie wiem czy to konieczne, ale bardzo ważne. Ostatnia sobotnio-niedzielna noc w Rondzie Sztuki była najpiękniejszą nocą w moim życiu. I nie przesadzam, bo naprawde na imprezie Beats Friendly bawiłem się świetnie! Najpierw mecz. Ale szybko zleciało, nawet specjalnie się nie nudziłem, bo "panował ciągły transfer smsmów", a potem dosiałem sie do innego stolika i troche pogadaliśmy. Wszystko zaczęło się rozkręcać od północy. Późno? Może, ale w kilka minut parkiet był pełny! Niedługo potem swój live act zaczął Maximilian Skiba i muszę przyznać, że koleś ma niesamowity talent. Podkreślam, że był to live act, więc wszystkie numery, które wypuszczał były jego autorstwa. Z łatwością zawładnął parkietem na około dwie godziny. Wokalnie towarzyszyła mu Novika. Wyszło bardzo fajne połaczenie świetnych artystów, a tłum szalał;)) Potem swój set zaczęli Bartek Winczewski i Lexus, czyli część kolektywu Beats Friendly, chyba nie muszę dodawać, że nie pozwolili nikomu opuścić parkietu? Ja sam opuściłem go na jakieś 15 minut łącznie przez całą noc. Słychać było pare killerów jak 'Happy House' Juana Macleana, jego remix kawałka 'Live Fast! Die Old!' (swoją drogą świetne przesłanie;) czy 'Charlotte' autorstwa Booka Shade. Ogólnie trzeba by po prostu napisać, że było zajebiście!
Niestety z materialnych wspomnień została mi tylko ta opaska:P

26 kwietnia 2008

Loco Star w Rondzie Sztuki. Relacja nr2 (osobiście)

Teraz bardziej osobiście, bo po koncercie było bardzo osobiście:)
Ponieważ Marsija na koniec stwierdziła, że "za chwilę będzie można z nami porozmawiać" nie byłbym sobą, gdybym nie poszedł;D Jednak aż taki nieśmiały to nie jestem.
Trio Loco Star to niesamowicie otwarci, fantastycznie sympatyczni i przyjaźni ludzie, że to jest aż piękne:) Chwila rozmowy, do tego dostałem parę rynsunków i podpisów na obu płytach. A-i poznałem też słynnego Bidzia:) Bardzo było miło i zabawnie, a ponieważ ja zawsze muszę zrobić coś głupiego (nie żeby specjalnie, po prostu taki już jestem) to się wciąłem niechcący w wywiad, który udzielali.... I potem mi było głupio, ale jakoś przeżyj(ą/e)-prawda?;-)

Wklejam pamiątki z koncertu.
Niestety zdjęc nie robiłem , bo nie miałem aparatu.

takie pieczątki wbijali na ręcę. Powiedzmy, że to coś na kształt Openerowych opasek ;P


Bilecik;P Ładny nawet, nie?


Locografy:)
A autografów z krążka 'Herbs' nie pokazuję: są tylko moje! ha!;))

Loco Star w Rondzie Sztuki. Relacja nr1 (nieco oficjalnie)

Ochłonąłem? Nie! Ale napisze;)
Rondo Sztuki - ciekawe miejsce: stal i szkło. Klimatyczne miejsce, choć bywa tam chłodno to zapraszani goście skutecznie rozgrzewają. I tak było tym razem. Loco Star-nie mogło mnie tam zabraknąć, jako, że uwielbiam ich. Koncert zaczął się z drobnym opóźnieniem, ale jak mówił menago Ronda czekali, bo ktoś jeszcze mógł dojść. Rzeczywiście ludzi dużo nie było, ale nie było ich tez mało. Tak w sam raz-wydaje mi się że nikt nie przyszedł z przypadku. Zaczęli tytułowym kawałkiem z nowego krążka - 'Herbs'. Troche ludzi podeszło bliżej sceny, trochę stało wycofanym z tyłu, ale słuchali! Grali też utwory z debiutu: 'In heaven' w fajny sposób połączone z 'Out Of Heaven' , 'Mors'. Jednakże w przeważającej cześci koncert złożony był z nowych numerów: 'Arps' 'Elusive' 'Gunshot Glitter' (cover Jeff'a Buckley'a) 'In Music We Trust'. Szkoda tylko, że publicznośc była nieco nieśmiała i wycofana i nie podskakiwała sobie niczym Marsija-która, moim zdaniem, miała dobry kontakt z publicznością, każdy utwór poprzedzany był mała zapowiedzią, niekiedy zdradzane były tajniki jego powstawania. Na koniec koncertu zagrali utwór 'You'll Understand It All' w zupełnie innej aranżacji od tej, która znajduje się na krążku! A na bis 'Herbs', który przeszedł w 'Simple Logic' z debiutu (słychac było ten temat grany przez Pata na basie i mnie przechodziły ciarki wtedy;). I, jak to mówią, wszystsko, co dobre, szybko się kończy. Ale dodatkowo na długo zostaje w pamięci. Bardzo mile spędzony czas.

Tutaj koniec części oficjalnej.

24 kwietnia 2008

AfterKoncert.

Miałem w planie napisanie strasznie przykładnej i rzetelnej relacji z koncertu Loco Star, ale nie jestem teraz w stanie tego zrobić,... Tłumaczył się nie będę, a kiedy ochłonę to wrzucę jakiś tekścik i pare pamiątek!
Tymczasem chciałem tylko napisać, że życie jest piękne:))

Dawno tu nie było tak emocjonalnie i optymistycznie, nie? Muszę częściej jeździć na koncerty Locosów;D

24 kwietnia 2008 , Katowice, Rondo Sztuki.